.

.

wtorek, 31 marca 2015

#37 "Go away."


Ostatni dzień marca, pokazał swoją potęgę.

Wyszłam dosłownie na chwilę z domu i spotkał mnie grad, śnieg i deszcz. Od razu gdy zamknęłam za sobą drzwi wyszło słońce...

Dobrze kolego, wygrałeś...
W ciągu tego miesiąca (skończ się już! -.-):
-3 razy byłam chora
-poparzyłam dłoń
-miałam coś z nerkami
-ponadto napisałam największą ilość sprawdzianów w moim życiu w tak krótkim czasie
-przespałam noce najkrócej w życiu

Cudownie.
A dziś jak na złość dosięgnęła mnie przeszłość. Głupia byłam myśląc, że się na nią przygotuję bo i tak mnie złapie. Nigdy nie byłabym gotowa.

Otóż On napisał, jak gdyby nigdy nic.
A ja niestety nie z tych co szybko im się rany goją.
A tym bardziej nie z tych co się babrają w błocie przeszłości.
Więc nie nie będzie żadnej cholernej kawy i wlewania komplementów.

A najgorsze jest to, że naprawdę byłam pewna że mi całkiem przeszło.
A jednak nie.

Bilans dzień 37:
743 / 750 kcal

Nie mam ochoty jeść.
Nawet nie bardzo wiem co. 
Takie mam pole do popisu, a totalnie brak chęci.

Wczoraj przekroczyłam liczbę słów przeciętnego czytelnika, ale naprawdę, warto sobie ten post przeczytać.

I jak tu być lepszą zrównoważoną wersją siebie, kiedy łzy, gniew i szczęście jednocześnie dają o sobie znać?

Zostaw mnie.

Niech ten nowy miesiąc będzie lepszy.
Jestem zmęczona.

poniedziałek, 30 marca 2015

#36 "Really long story, about me... and for me"

Bilans dzień 36:
696 / 700 kcal

Nadal trzyma mnie przeziębienie, ale z nim walczę. Mam nadzieję, że jutro już odstawię tabletki.

Nie wiem właściwie dlaczego...ale wzięło mnie na podsumowania. Chyba parę rzeczy w moim życiu prywatnym, które dały o sobie ostatnio znać, skłoniły mnie do podsumowań.

Więc dziś trochę o mnie. 

Rok 2012 (sierpień).
Moje 62 kilogramowe ciało.
Byłam radosną dziewczyną, bardzo kobiecą. Nigdy nie miałam nadwagi, nigdy nie byłam otyła. BMI w górnej granicy normy.
Ze względu na moją przyjazną osobowość byłam otoczona najlepszymi przyjaciółmi, najprzystojniejszymi chłopakami w szkole. Jeździłam po świecie chwytając każdej okazji, kochałam odwiedzać restauracje i gotować. 
Nigdy nikt nie powiedział mi, że jestem "duża", sama też nie zwracałam na to większej uwagi.

Rok 2013 (sierpień).
Moje 58 kilogramowe ciało.
Zaczęłam poważnie pierwszą dietę, która polegała na liczeniu kalorii (wcześniej próbowałam wiele razy być na diecie, ale totalnie się na tym nie znałam). Obcięłam ich ilość "do 500 kcal" ale dokładne liczenie kalorii było mi jeszcze obce. Powolutku chudłam jedząc na oko.
Nadal byłam szczęśliwa, jednak przestraszona, bowiem skończyłam gimnazjum i czekał mnie nowy w życiu etap. Liceum, które miałam spędzić z przyjaciółmi mego życia.




Rok 2013 (grudzień).
Moje 43 kilogramowe ciało.
Od września straciłam 10 kilogramów (od wagi 55). Myślałam, że samo bycie chudą da mi szczęście i wynagrodzi mi stratę najlepszej przyjaciółki. Było mi ciągle zimno, straciłam okres, włosy, paznokcie. Czułam się zagubiona, bo moje życie nie wyglądało tak jak planowałam. Gdzie podziali się moi przyjaciele? Dlaczego wybrali złą drogę? Ja wybrałam inną. Ale nie powiem, też sobie tym zaszkodziłam.
Powiedziałam stop zbyt późno.



Rok 2014 (grudzień).
Moje 62 kilogramowe ciało.
Od września zaczęłam stosować cheat day i źle się to skończyło dla mojej figury.
Ale ile miałam energii i radości! Biegałam na siłownię 3 razy w tygodniu, miałam cudownych najbliższych mi ludzi wokół. Miałam mnóstwo energii spożytkowanej na zajęcia dodatkowe i pasje. No i miałam kogoś, kto (jak mi się wydawało) pokochał mnie i uświadomił mi, że nawet w rozmiarze 38 jestem piękna.




Rok 2015 (obecnie).
49,9 kilogramów mnie.
Mężczyzna mnie zostawił, bo byłam mu zbędna. Przyjaciółkę najlepszą mam i bardzo za nią tęsknię, kontakt mamy dość rzadki, bo każda ma swoje zajęcia.

Jak się czuję?
Jestem wrakiem.
Nie wierzę w siebie. Nie umiem się pochwalić. Każdą pochwałę traktuję jak ukryty podstęp.
Nie znoszę gdy ktoś patrzy mi w jedzenie i jakkolwiek je komentuje. Boję się jeść poza domem, żuć więcej gumy do żucia, spotykać się na mieście.
Rezygnuję ze spotkań towarzyskich, izoluję się ze swoimi problemami, bo wcześniejsze doświadczenia nauczyły mnie aby milczeć, bo w końcu ktoś odejdzie wraz z moimi sekretami i uczuciami.
Nie mam siły na większą aktywność fizyczną, ubieram się na czarno, nie mam dla KOGO wyglądać ładnie więc się nie staram, bardzo łatwo łapię choroby a to wszystko sprawia, że nie mam ani ochoty ani siły się nawet uśmiechnąć.

Cholera jasna!
KONIEC Z TYM.
Mam w tym roku 18 lat, muszę wziąć się za siebie.
Nie zewnętrznie, bo już mi się udało. Bo już jestem piękna i nikt inny oprócz MNIE mi tego nie uświadomi.
Muszę się starać dla samej siebie. Dla własnej przyjemności wyglądać ładnie. Uśmiechać się bez powodu, rozmawiać z ludźmi, wyjść do świata.

Muszę przestać żyć przeszłością i być tu i teraz.

Jem po to żeby żyć, nie żyję po to żeby jeść.

Jestem zdolna, mądra, radosna, towarzyska. 
Tylko muszę w siebie uwierzyć! Zmienić to zanim będzie za późno!

Od dziś dbam o siebie. 
Otwieram się na nowe znajomości i pielęgnuję stare.
Dbam o swoje ciało, o uśmiech, o dobre samopoczucie.
Wracam do starych pasji i rozwijam nowe.
CHCĘ WRÓCIĆ DO ŻYCIA które na jakiś czas wypchnęło mnie z obiegu w czarną otchłań.

P.S Do napisania tych słów skłoniła mnie moja rozmowa z moim najlepszym przyjacielem, który bardzo się o mnie martwi. I ma rację. Bo nie jestem już tą samą osobą, którą byłam x kilogramów temu. Ale mogę to zwrócić nie tracąc tego co osiągnęłam.

Ten post to nie jest wielki COME BACK, zaczynam jeść jak kiedyś, dzwonię do ekipy i robię imprezę.

NIE. Ten post to mały krok w lepszą stronę życia wśród ludzi, krok do wydobycia mojej prawdziwej przerażonej skrytej duszy.

Jestem kurna piękna, tak jak tego chciałam! Muszę to zauważyć i docenić! Muszę uwierzyć w siebie!

Nie wiem kto to przeczytał. Ale zostawiam ten wpis dla samej siebie i dla tych, którzy uważają, że piękna sylwetka to klucz do sukcesu.

NIE. Tajemnica sukcesu to piękna dusza. Nie pozwól sobie jej utracić.

niedziela, 29 marca 2015

#35 "Love your family."


Dziś rano obudził mnie katar i chrypa, więc ratuję się wszystkimi sposobami zanim choroba się rozwinie. (Leków nie wliczam do bilansu, zresztą nie ma czego).

Ale ponieważ mam w domu ukochaną babcię, wszelkie dolegliwości tracą znaczenie :) Moim największym życiowym szczęściem jest rodzina i bardzo się cieszę, że mamy takie dobre kontakty. (Mam nadzieję, że też kiedyś będę miała swoją liczną gromadkę...)

Waga z rana 49.9 / 8 kg czyli utrzymuje się od poprzedniego tygodnia :3

Bilans dzień 35:
893 / 900 kcal

Przede mną ostatni tydzień takich bilansów, potem wchodzę na symboliczny 1000. Nie wiem jednak czy czegoś nie zmienię, będę Was pytać na bieżąco. Uwierzyć, że to już 900 kcal i że daję radę...sama siebie ciągle podziwiam.


Miłej niedzieli moje kruszynki ;*
P.S Dochodzą mnie dziwne słychy, że On o mnie pyta i wyraźnie się martwi. Puściłam tę informację mimo uszu. Ale dziś zobaczyłam jego zdjęcia i coś pękło...nie chcę wylewać niepotrzebnych łez. Nie chce kochać, nie będąc kochaną.

sobota, 28 marca 2015

#34 "New month, new me?"


Nigdy nie wierzyłam w horoskopy. Czasem z ciekawości sprawdzam ich autentyczność i wydaje mi się, że tym razem się sprawdziły. Bo w każdym, który sprawdzałam napisali, że marzec będzie (czyli był) dla mnie ciężki, trudny i męczący.

Ale za to kwiecień, to podobno same sukcesy, radość i miłość. No to niech to się też spełni C:

Pamiętacie pewnie (jakby to było wczoraj...) robienie noworocznych postanowień? Moje się spełniły lub jestem w czasie ich realizacji.

Ale postanowiłam zrobić kolejne w związku z nadchodzącym nowym miesiącem. Tak więc...

Nie postanawiam poprawy w kwestii ćwiczeń - bo i tak robię to codziennie i coraz więcej wychodzę na zewnątrz a także nie zawsze mam na to siłę oraz ochotę.

Nie postanawiam rezygnować z gumy do żucia i coca coli - bo to moje dwie małe przyjemności, a wierzę że każdy ma swoje słabostki. Zresztą gdy się sobie czegoś kategorycznie odmawia, tym bardziej do tego ciągnie.

Nie postanawiam nie marnować ani chwili - bo żadna z nich nie będzie zmarnowana choćby nic nierobieniem.

Nie postanawiam postanawiać - bo rozczarowanie z niespełnionego celu, jest większe niż satysfakcja ze spełnienia błahego postanowienia.

Będę za to:
*słuchać swego organizmu i dawać mu to czego potrzebuje
*odpoczywać ile się da i korzystać z każdej chwili
*uśmiechać się od ucha do ucha oraz napawać innych tym szczęściem
*plątać się znanymi i nieznanymi ścieżkami wdychając świeże powietrze
*słuchać dobrej muzyki i oglądać fajne filmy
*piec i gotować, rozpieszczać innych i samą siebie
*podejmować spontaniczne decyzje i dawać sobie luz

Bo nie jestem zaprogramowana na życie według schematów. Na ograniczenia liczbami, wzorcami ideałów i nieistniejącej perfekcji.

Zabawne, że nie tylko dieta ograniczała mnie do tej pory, ale ja sama. Przestaję musieć i zaczynam móc. Bo z doświadczenia chyba wszyscy wiedzą, że nawet czytanie lektury jest nieprzyjemne pod presją terminu i wymogu.

Wyrywam się więc z niewidzialnej prawie zabudowanej klatki i korzystam z zasłużonej mi wolności.

Wciąż staram się Wam i sobie samej udowodnić, że z drogi jaką wybrałyśmy jest sensowne wyjście i to takie, by nie stracić osiągniętych celów tak ogromnym kosztem jakim było życie z tyloma wyrzeczeniami.

Bilans dzień 34:
894 / 900 kcal

Cudownego weekendu ;** 




piątek, 27 marca 2015

#33 "You succeed it!"


Stanęłam dziś w łazience przed lustrem obok jednej z moich bliższych koleżanek w klasie.
Uśmiechnęłam się na widok, jaki ze mnie przy mniej maluch i określiłam się mianem kurdupla.

A ona przerwała czesanie włosów i uśmiechnęła się do mnie w odbiciu.
"Nawet nie wiesz jak chciałabym być niższa. Jak chciałabym mieć Twój wzrost. Twoją figurę. Twoje włosy. Twoją urodę. Nawet nie wiesz jak chciałabym być Tobą."

To były chyba najcudowniejsze słowa jakie usłyszałam w ciągu ostatnich tygodni. Naprawdę ostatnio usłyszałam dużo komplementów, a ten głęboko mnie poruszył :)

Powiem Wam, że szczególnie w tym tygodniu zauważyłam swoją zmianę. Nie wiem czemu dopiero teraz, ale za każdym razem gdy patrzę w lustro mija paręnaście sekund, gdy zorientuję się że to  naprawdę ja.
To niesamowite uczucie, cieszę się, że jest mi dane je czuć :)


Minął bardzo ciężki miesiąc zmagań, jeżeli chodzi o szkołę i zdrowie. Ale zakończył się dobrze, sukcesywnie. Czuję się lekka mając za sobą taki ogrom doświadczeń (nie zawsze przyjemnych), ale i znacznie bardziej doświadczona, bo chyba nigdy wcześniej nie miałam tylu spraw do zdania / zaliczenia / zorganizowania.

Mam teraz wolne, które zdecydowanie zasłużenie zamyka pewien etap. Czas pędzi jak szalony, przede mną tylko cudowniejsze i cieplejsze miesiące pod znakiem nowych możliwości. I zleci do wakacji jak nie wiem, a mi pozostaje tylko pielęgnować zdobyte wynagrodzenia.

Kwiecień - święta, maj - matury, czerwiec i wakacje C: Kiedy to zleciało? Nie wiem. Ale panta rhei!

Bilans dzień 33:
846 / 850 kcal

Jutro upiekę sernik bo przyjeżdża ukochana babcia, a dziś zaszyję się pod kołdrą i obejrzę odcinek Pretty Little Liars na który czekam od wtorku.

Mam na jutro ciekawy wpis gotowy (bo dziś przekroczyłam dozwoloną liczbę słów i nie wiem czy ktokolwiek to przeczyta :D).

Trzymajcie się kruszynki! Teraz będę u Was bywać częściej :))
To niesamowite uczucie, że w wieku właśnie niespełna 18 lat
nareszcie zaczynam lubić bycie sobą. :)

czwartek, 26 marca 2015

#32 "Calm down"


Mimo brzydkiej pogody i wszystkich małych boleści, tli się we mnie nadzieja i radość.

Nie poszłam do lekarza, stwierdziłam że skoro jest ok mogę to zrobić kiedy indziej. Czuję się dobrze, będę się czuć jeszcze lepiej bo w końcu się wyśpię. Jutro ostatni dzień męczarni w szkole i wolne :)

Bilans dzień 32:
793 / 800 kcal

Miałam dziś problem z dodawaniem rzeczy do bilansu, totalnie brak pomysłu na to co zjeść :D Ale się udało.
Musze powalczyć z tą pepsi max, bo jest po prostu niezdrowa. Choć każdy musi mieć jakieś swoje małe uzależnienia nie? :)

Dziękuję za wszystkie wczorajsze piękne słowa naprawdę! Przepraszam, że tak mało mnie na Waszych blogach, ale je po cichu czytam C: Z telefonu niestety nie wiem czemu nie mogę dodawać komentarzy, a na komputer zasiadam w weekendy. Ale wspieram Was zawsze! 
A teraz uśmiecham się do świata, zabieram za ćwiczenia i troszkę odpoczywam przed angielskim (:

Życzę Wam szybkiego piątku, oby weekend i święta trwały jak najdłużej ((:


środa, 25 marca 2015

#31 "Thank you"


80 post na blogu i 15,538 wyświetleń (w chwili wstawiania tego posta).

700 dni od kiedy zaczęłam porządnie się odchudzać i liczyć kalorie.

Wczorajsze badania zakończone migreną, z głodu. Ale najważniejsze, że jestem całkowicie zdrowa i było to jednak tylko zapalenie pęcherza.

Jutro piszę ostatnią w tym tygodniu rzecz, ale wypracowania mnie nie przerażają. Jutro też ostatnia kontrolna wizyta u lekarza. Chyba sprawy idą ku dobremu. Muszę tylko odzyskać siłę.

2 dni do wolnego (rekolekcje u mnie lecz nie idę). Jestem strasznie szczęśliwa :)

Bilans dzień 31:
745 / 750 kcal

Dostałam dziś dużo pochwał, chyba częściej muszę nosić jasne bluzki, kwiaty, korale i loki :)) Ale dostałam też chyba pierwszy raz w życiu komplement, że mam fajną pupę :) No i parę innych, że naprawdę schudłam.

No właśnie! Schudłam znów.
Pamiętacie mój plan aby na stabilizacji jeszcze zrzucić jakiś 1-2 kg? 
Udało mi się. Zobaczymy co pokaże waga, ale podejrzewam, że jest znowu zepsuta. 
Zresztą czuję po ukochanych (początkowo docelowych) jeansach, że są luźne. Thigh gap mega. Moja ukochana spódniczka w rozmiarze XS zrobiła się luźna.
Liczy się odbicie w lustrze, nie liczby.
Czyli? Absolutny stop. 


W końcu zaczynam sobie mówić, że jestem piękna. I także w to wierzę.
Cel osiągnięty.

Dziękuję wszystkim za wsparcie, bez którego (wiem bla bla) ale naprawdę by mnie tu nie było. 
Bez Waszych słów, czasem cierpkiej krytyki, ale i ogromu pochwał, których nigdy tyle od nikogo nie otrzymałam) nie osiągnęłabym tego co mam. Prawdopodobnie nie ruszyłabym z miejsca ponownie, nie zatrzymałabym się...

Dzięki Wam i także dzięki sobie samej, w końcu sama się akceptuję i podobam.
Wierzę w to, że jestem atrakcyjna. I samej sobie uświadomiłam, że jednak jak się bardzo chce, to dieta zadziała. A wszystkie dni spędzone latem na płaczu z powodu ocierających się o siebie ud stają się przeszłością.

Samodyscyplina, ciężka praca, wyrzeczenia i siła. A także umiejętność powiedzenia STOP.

Dziękuję.
 

wtorek, 24 marca 2015

#30 "Really, I am disappointed"


Przepraszam dość jestem zawiedziona tym co wczoraj usłyszałam pod wczorajszym postem.

Zarzuca mi się czasem, że zbyt wiele przepraszam, ale czy za bycie normalnym człowiekiem też powinnam?

1.Nie jestem maszyną, popełniam błędy. Mnie też czasem skończy się coś w lodówce i tak, choć sklepy otwarte 7 dni w tygodniu, większe zakupy robię we wtorki i czwartki bo wcześnie kończę zajęcia.

Wybaczcie moją wczorajszą irytację, bardziej niż fakt zmiany kaloryczności posiłków wkurzył mnie fakt wyrzucania jedzenia, bo bardzo nie lubię go marnować.

2.Ten blog to część mnie, miałam być szczera. A ja też miewam swoje nastroje i swoje problemy, którymi zazwyczaj nawet Was nie obarczam i zachowuję przy tym odrobinę prywatności.

3.Największy absurd - chcę być chora. To, że stabilizuję wagę, wypełniam na maksa kalorie i eksperymentuje to dowody na to, że brnę w chorobę tak? No to ja niestety nie wiem, nie znam się. Zadecydowałam od dziś nie zapisywać bilansów, tylko liczby.

4.Nie kwestionujmy ważności problemów. Wszystkie tu jesteśmy, bo chcemy żyć szczęśliwie z samą sobą. Jedne mają problem z napadami, inne z anoreksją, inne z bulimią. A wartość tych problemów to kwestia indywidualna. Jesteśmy tu aby się wspierać, nie krytykować! Nasze przypadłości choć czasem różne, są podobne! I nikt nie zrozumie nas tak jak tutaj! Ale widocznie naród polski ma to do siebie, że ciągle narzeka. JA nie będę, ja Was wspieram całym sercem.

5.Zastanawiałam się nad usunięciem bloga, ale prościej jest powiedzieć, że jak nie chcesz TO NIE CZYTAJ. Po prostu nie rób tego, albo czytaj i zachowaj krytykę dla siebie, bo nie życzyłabyś sobie takiej krytyki ode mnie prawda?

Dlatego bloga będę dalej prowadzić, pisać same podsumowania bilansów, dodawać coś od siebie jeśli uznam to za potrzebne. Bo to miejsce jest dla mnie i dla tych, którym w jakiś sposób mogę pomóc wskazać właściwy kierunek.

W żadnym wypadku nie uważam się za inspirację ani wzór do naśladowania. Po prostu konsekwentnie robię swoje, podpowiadam innym na podstawie własnych doświadczeń i nigdy nie robię tego w złym celu.

Proszę przestańmy się w końcu podkopywać, czasem jak czytam komentarze (nie tylko u siebie) to one aż śmierdzą jadem. Mamy WSPÓLNY CEL i po to, to wszystko jest, by nam w tym POMÓC nie zaszkodzić.

 selfie. haters gonna hate.
Bilans dzień 30:

695 / 700 kcal

A na sam koniec szybkie podsumowanie minionych dni. Nie jestem zadowolona, mniej intensywnie ćwiczyłam ze zwględu na ból brzucha i pleców. Więcej piłam w zeszłym tygodniu pepsi max (to moje uzależnienie przyznaję) i wyżułam więcej gum niż zwykle dziennie jem (ze stresu).

Ale nie mogę być ciągle och i ach, żyję chwilą. Ja też popełniam błędy i mam gorsze okresy, WOW!

Poprawiam się z każdym dniem odzyskując siłę, miłego wtorku.

poniedziałek, 23 marca 2015

#29 "Fuckinfuck."


Dupa. D u p a.

Myślałam, że kalafior mi się na chwilę przejadł, ale moja niechęć do niego nie minęła po jednodniowej przerwie. Wywaliłam praktycznie cały obiad, muszę dokładać do kolacji.

I znów liczby liczby waga waga kalorie kalorie i strach przed tym, że coś źle liczę. DUPA.

Bilans dzień 29:
owsianka z dodatkami

kalafior brokuł ryba ????????!!!!!!!!!!

kanapki wasa z polędwicą i warzywami

i więcej gum z nerwów -.-

640 / 650 kcal

Boli mnie wszystko jak starą babcię.

Nie mogę jutro do 17 nic jeść bo mam to głupie prześwietlenie. Więc na obiad wielka owsianka a na kolację kanapki.

No ale znajdźmy jakiś plus tego dnia...4 dni do świąt. Poniedziałek za nami.

P.S Proszę o brak komentarzy typu zmień koncepcję obiadu, zjedz coś innego. Oczywiście, że bym zjadła, tylko lodówka pusta. Zakupy robię jutro jak co tydzień.

niedziela, 22 marca 2015

#28 "Kolejny miesiąc za mną - podsumowania, plany"


Bilans dzień 28

841 / 850 kcal

Dziś czas na miesięczne podsumowania, więc na tym się skupię. Dzień był miły, jest piękna pogoda i jestem pełna optymizmu oraz odliczam dni do Świąt Wielkanocnych (których kiedyś o dziwo nie lubiłam, a pokochałam dwa lata temu).

Waga z rana 49,9/8 kg czyli spadły kolejne gramy w tym tygodniu.
Małe porównanie nóżek przy wadze 51 i 49,9 kg ;)

I jest symboliczne 4 z przodu c: Jednak wiedziałam, że teraz czy później by się pojawiło, więc jest to tylko ukoronowanie mojego wysiłku. Już mi wystarczy, bo mam wyczekany thigh gap i rozmiar 34/36 C: 

W ciągu miesiąca stabilizacji schudłam 1 kilogram (z jakimiś setnymi grama), jestem bardzo zadowolona i szczęśliwa, że proces nadal postępuje ale znacznie spowolnił. Czyli wszystko robię jak najbardziej właściwie.

Zaczynam 5 tydzień stabilizacji, za trzy tygodnie powinnam wejść na symboliczne 1000 kcal, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Zastanawiam się jednak nad trochę inną opcją (wydłuży to stabilizację o 5 tygodni), ale to w swoim czasie.

Dziś mogę jednak powiedzieć, że osiągnęłam większość postawionych sobie celów. Wizualny = thigh gap, rozmiarowy = ukochane jeansy z 2013r oraz wagowy = 4 z przodu :)

Nad czym pracuję w tym miesiącu?

Nad utrzymaniem efektów diety.
Nad wewnętrzną równowagą emocjonalną.
Nad uśmiechem i radością życia.
Nad sobą, wewnętrznie.
Ponownie dziękuję Wam za wspieranie mnie, tym razem w drugą stronę - wypełniania bilansów i pilnowania stabilizacji. 

Uwierzcie mi, że to jeszcze trudniejszy proces niż trzymanie diety, bo ciągle ciągnie mnie do odejmowania i unikania posiłków.

Ale nie zaszłabym tak daleko gdyby nie Wasze wsparcie i ostre słowa w momentach załamania. Więc po prostu dziękuję, bez Was bym nie osiągnęła tego wszystkiego.

Życzę  Nam cudownej wiosny, szybko minionego tygodnia i kolejnego wolnego. Aby nadchodzący czas przyniósł same pozytywy, abyśmy były silne i świadome swojego piękna i szczęśliwe. 
Nikt inny nie osiągnie tyle ile my, pokonałyśmy kawał krętej drogi, by dotrzeć tu gdzie teraz jesteśmy. Nie poddawajmy się i walczmy o swoje :)

sobota, 21 marca 2015

27 "Spring wishes"


Piękny dzień dziś. Słońce, jarmark wielkanocny i spacer.

Tylko czemu czuję ból...to tak bardzo mnie wkurza. Doczekam do wtorku na prześwietlenie, ale jakoś muszę chodzić i stać...

Zostało 5 dni do kolejnej przerwy od szkoły.  Odliczam, mimo, że miałam od niej teraz przymusowe zwolnienie. No cóż...


Czego życzę sobie na wiosnę?

Siły
Miłości do samej siebie
Zdrowia
Radości

A Wam czego tylko zapragniecie, aby się w końcu spełniło. Aby Wasz osiągnięty lub osiągany cel był coraz bliżej i by nic nie stanęło na drodze do jego spełnienia.

Niestety dziś znów obiad był nie zjadliwy...nie wiem czemu od dwóch dni niedobrze mi gdy jem te warzywa i zostawiam...





Bilans dzień 27:
owsianka z dodatkami

kalafior brokuł mintaj

wasa z warzywami i polędwicą

cola i trochę gum

816 / 850 (do uzupełnienia będzie max 840...)


Jutro ważenie.
Za tydzień już bilans 900 w weekend.

Ale najważniejsze są dla mnie Święta, by mogła się nimi cieszyć z całych sił. Sił mi właśnie potrzeba.

Jednak dieta trochę wyssała ze mnie energii, widzicie...wszystko ma swoje plusy i minusy. Mam nadzieję, że odzyskam ją wraz z wiosennym słońcem.
P.S Dziś mija 666 dzień od kiedy zaczęłam liczyć każdą kalorie. Przekleństwo życia. Można było nie zaczynać...

piątek, 20 marca 2015

#26 "Feelin' good"


Dziś właśnie jeden z tych dni, gdy moje ukochane "panta rhei" jest myślą wiodącą.

Nic mi więcej nie potrzeba niż cudownego towarzystwa, leniwych poranków, spacerów w wiosennym słońcu.

Zostałam w domu, czuję się znacznie znacznie lepiej. Ból brzucha ustał i czasem odzywają się tylko plecy - prześwietlenie nerek mam za jakiś tydzień.

Wczoraj upiekłam rodzinie przepyszne szybkie ciasto ze śliwkami i już cieszy mnie myśl na ogromne kucharzenie za tydzień - przed Wielkanocą. Po prostu wypieki to moja pasja :).

A na śniadanie była #dynia, której się niepotrzebnie obawiałam. Dodana w formie puree do owsianki (tak, jestem uzależniona) była w s p a n i a ł a! Jutro powtórka.

Bilans dzień 26:
owsianka z dodatkami

kalafior, brokuł, mintaj na parze

kanapeczki wasa z polędwicą i warzywami

790 / 800 kcal

Idzie mi bardzo dobrze, a już za 4 dni minie kolejny miesiąc....KIEDY?
Powiedzmy, że waga spadła o 1 kg, jestem z tego tempa zadowolona (ostatnio pokazała nawet 49 z czymś). Już mi wystarczy C: Thigh gap jest, a co najważniejsze włosy są i paznokcie. I nadal czuję, że jakieś gramy spadają, po jeansach.

A jutro na wiosnę farbuję sobie włosy. Rozjaśniam ponownie (ile to ja już na głowie nie miała kolorów :o) same końcówki i robię blond pasemka. Co jakiś czas, gdy zakończy się i zacznie nowy etap w moim życiu, zmieniam fryzurę. Takie moje specyficzne przyzwyczajenie.

Czasem, tak jak niedoskonała mam takie dni, gdy mimo własnej świadomości swego wyglądu i zadowolenia, idę ulicą i czuję się najgrubsza. Mam figurę klepsydry i nigdy w życiu nie miałam oponki, ale wszystko co się da idzie u mnie w uda (nawet nie w tyłek) i to one też chudną ostatnie, dlatego tak długo było mi na nie czekać.

Skarby, musimy uwierzyć w swoją wartość. Nikt za nas tego nie zrobi. Kochać siebie. Doceniać za drogę którą przeszłyśmy, drogę usłaną wybojami i ślepymi zaułkami. Normalny człowiek, nie podjąłby się nawet takiego wyzwania. Ale nam się udało. I dlatego zasługujemy na szacunek - przede wszystkim od samych siebie.
 
A ja całe życie, będę się zastanawiać jak ja to zrobiłam, że mi się udało. Najpierw schudnąć i trzymać się rygorystycznie 60 dni bez wypełniania ani jednego bilansu. A potem wypełniać na maksa bilanse na stabilizacji. I to po raz 2....(odpukałam)


Być może faktycznie cuda się zdarzają i jedno z moich największych życiowych marzeń się spełnia?
Drugie w listopadzie, trzecie w grudniu :)
Ten rok jest rokiem spełniania marzeń. Definitywnie!

czwartek, 19 marca 2015

#25 "Child steps..."


Nie pamiętam jak smakuje obiad mojej mamy.
Nie pamiętam smaku babcinego ciasta.
Nie pamiętam jak smakuje moje ukochane sushi. Chyba je bardzo lubiłam, to ostatnie z moich wspomnień.

Nie wiem jak to jest wstać rano i zjeść to na co ma się ochotę.
Nie wiem jak to jest schować do szuflady kuchenną wagę.
Nie wiem jak to jest nie notować każdej kalorii i nie odhaczać ich w miarę upływu czasu.

Żyję nadal ograniczona liczbami, choć z całego serca nienawidzę matematyki.

Czuję obawę przed spontanicznością, przed wyjazdem na wakacje gdzie nie znajdę kuchenki, przed wyjściem na miasto.

Co się stało z tą dziewczyną, która kochała jeść swoje wymyślne potrawy i znajdywała najbardziej fantazyjne restauracje?

Bilans dzień 25:
owsianka i dodatki

ryba kalafior brokuł

wasa polędwica warzywa

cola zero

745 / 750 kcal miało być tyle ale część obiadu była nie zjadliwa

Staram się walczyć z tą przesadą, już nie patrzę na grubość plasterka pomidora i wielkość tej samej szynki w innym sklepie. Chcę wyjść z tego ślepego zaułka, w który coś mnie zaprowadziło. I być po prostu tu i teraz, bez ograniczeń.

Jak małe dziecko, stawiam kroki i uczę się świata od nowa.

Wyniki wyszły bardzo kiepsko (aby nie powiedzieć źle), jeszcze nie wiem co to znaczy.

Zostaje w domu do końca tygodnia.

środa, 18 marca 2015

#24 "Everything is changing"


Leki na całe szczęście działają, więc jutro chyba wracam do szkoły. Nie znoszę opuszczać lekcji,  uzupełnianie notatek i nadrabianie materiału to chyba najgorsze co może być.

Dziś miałam miły dzień, ale wzięło mnie na oglądanie zdjęć...

Starych zdjęć. Swoich. I rodziny.

I zrobiło mi się żal jak wiele się zmieniło. Jak mniej stajemy się mobilni i skłonni do wyjazdów. Jak mniej mamy czasy, pieniędzy i siły.

Brakuje mi tego...domu pełnego ludzi, domu pełnego śmiechu i radości. Kocham moją trzyosobową rodzinę i kota, lecz brak mi tych którzy są daleko lub już odeszli...

I zauważyłam także, że brak mi nieplanowanych rodzinnych i przyjacielskich wypadów. Że moje życie było kiedyś znacznie radośniejsze...Teraz ciągle ogranicza mnie jedzenie.

Też tak pewnie macie...gdziekolwiek jedziecie boicie się zmuszania do jedzenia, braku własnej kuchni i wagi, braku miejsca i okazji do ćwiczeń.

Okropne, do czego może doprowadzić choroba.

Staram się z tym walczyć. Nie powiem, że idzie mi wspaniale, ale bilanse wypełniam jak mogę. Chcę się więcej uśmiechać i chcę dawać radość tym którzy są wkoło, tak jak to robiłam kiedyś.

Chcę być dawną sobą tylko w nowej skórze. I uda mi się.

Bilans dzień 24:
owsianka z dodatkami (truskawki mi zgniły, musiałam wyrzucić więc wyszedł znacznie mniejszy bilans niż piszę)

kalafior brokuł i dorsza na parze

wasa z warzywami i polędwicą

694 / 700

Moje życie w liceum znacznie się zmieniło. Uszła ze mnie ta radość życia, którą kiedyś wszystkim zarażałam.

Postawiłam całą kartę na naukę, w strachu przed brakiem pracy w przyszłości.

Na początku zgarniałam same laczki.

Porzucił mnie znów parokrotnie jakiś tam chłopak.

Ponieważ nie piję (przestałam wcale nie ze wzgl na dietę) i nie ćpam zostałam odrazu wyodrębniona z grupy imprezowej w klasie.

Potem jeszcze zachorowałam.

Straciłam najbliższą memu sercu przyjaciółkę.

Podsumowując wybór tej szkoły to był błąd, którego  nie cofnę, ale dużo mnie to nauczyło.

Ludzie się zmieniają.
Ty bądź sobą, nie zależnie co mówią.

Szanuj znajomych, przyjaciół i rodzinę.
Uśmiechaj się i chwytaj chwilę.

Każdego dnia walczę o tak radosne życie jak kiedyś i wiem, że mi się to uda. Muszę w siebie tylko uwierzyć.


wtorek, 17 marca 2015

#23 "Home sweet home again"


Z całego serca nie wierzę w ludzi mających pecha, bo sami go sobie ściągają.

Jednak czy czasem nie przykleja się on jak kleszcz do przypadkowych osób?

Wczoraj wieczorem dostałam niesamowitego bólu brzucha, nigdy jeszcze takiego nie miałam a umiem już rozróżniać typy bólu.

A dziś zwolnienie o 9 rano ze szkoły, lekarz i to pilnie... albo zapalenie pęcherza albo kamienie w nerkach.

Fantastycznie!

Plusem jest jednak trochę odpoczynku w domu, moja kochana mama obok oraz więcej czasu na naukę.

Jest przepiękne ☀ więc nie mam co narzekać.

Widocznie już po tych 12 spr, oparzeniu ręki, pogrzebie i braku snu, wszystko w moim oorganizmie każe mi zostać w domu i się wyłączyć.

No to leżę ..
Bilans dzień 22:
Owsianka i dodatki

Kalafior dorsz brokuł na parze

Kanapeczki wasa z warzywami

645 / 650 kcal

P.s A tak naprawdę to momentami do krwi zaciskam wargi, tak boli. Ale dam radę.
Robie dzień wolny od ćwiczeń dzisiaj.